Kula jest łatwa do wyszlifowania i zła do skupiania światła. Z tego jednego kompromisu bierze się i poświata wokół świateł przy pełnym otworze, i to, czy bokeh jest kremowe, czy obwiedzione obrączką.
W Rozdziale 2 zbudowaliśmy soczewkę z obserwacji, że kula zagina promienie tym mocniej, im dalej od osi biegną. Było to przybliżenie i wtedy nam wystarczyło. Teraz przyjrzyjmy się, jak dobre jest naprawdę.
Okazuje się, że niedobre. Powierzchnia kulista zagina promienie brzegowe za mocno — nie o tyle, ile trzeba, żeby trafiły w to samo miejsce co promienie przyosiowe, tylko wyraźnie mocniej. Skutek: promień biegnący przy krawędzi soczewki przecina oś bliżej niż promień biegnący tuż przy niej. Nie ma jednego punktu, w którym wszystko się zbiega. Jest rozciągnięty odcinek, wzdłuż którego promienie przecinają oś jeden po drugim, zależnie od tego, jak daleko od osi weszły.
Nazwa bierze się właśnie stąd: to jest wada kształtu sferycznego, a nie wada wykonania. Idealnie wyszlifowana, idealnie wypolerowana kulista soczewka ma ją w pełnej okazałości. Powierzchnia, która skupiałaby wszystko w jeden punkt, istnieje i jest znana — dla jednego konkretnego układu przedmiot–obraz da się ją policzyć — ale nie jest kulą, tylko krzywą wyższego rzędu.
Dlaczego więc wszyscy szlifują kule? Bo kula jest jedyną powierzchnią, którą da się wytworzyć bez odniesienia do orientacji. Dwa kawałki szkła pocierane o siebie z ziarnem ściernym i przypadkowym ruchem dążą samoistnie do powierzchni kulistej — to właściwość geometrii, a nie sprytu rzemieślnika. Przez czterysta lat była to jedyna metoda dająca powtarzalną dokładność optyczną, i dlatego cała optyka wyrosła na kompromisie z kulą.
Warto zauważyć, jak szybko to narasta. Odchylenie od ideału rośnie z trzecią potęgą odległości od osi — promień wchodzący dwa razy dalej od osi chybia osiem razy bardziej. Dlatego zewnętrzny pierścień źrenicy odpowiada za nieproporcjonalnie dużą część problemu, a odcięcie go przymknięciem przysłony daje tak wyraźną poprawę.
Ta sama trzecia potęga tłumaczy, dlaczego jasne obiektywy są tak trudne i tak drogie. Przejście z f/2 na f/1,4 zwiększa promień źrenicy o czterdzieści procent, ale wielkość, z którą walczy konstruktor, rośnie prawie trzykrotnie. Ostatnia przysłona jasności kosztuje więcej niż wszystkie poprzednie razem.
Warto zobaczyć te liczby, bo tłumaczą rzecz, która na wykresie z Rozdziału 6 wyglądała na przesadę. Przymknięcie o dwie przysłony zmniejsza promień źrenicy o połowę, ale aberrację — osiemnastokrotnie, bo wchodzi trzecia potęga i jeszcze uśrednienie po polu. Stąd ta charakterystyczna, gwałtownie opadająca lewa gałąź: pierwsze dwie przysłony przymknięcia dają niemal całą dostępną poprawę, a każda kolejna już prawie nic.
Skoro nie ma jednego ogniska, to gdziekolwiek postawisz matrycę, dostaniesz plamkę zamiast punktu. Ale — i to jest ważne — plamkę o bardzo charakterystycznym rozkładzie: ostre jądro otoczone słabą, rozległą poświatą. Jądro tworzą promienie przyosiowe, które zbiegły się prawidłowo; poświatę tworzą promienie brzegowe, rozrzucone wokół.
To odróżnia aberrację sferyczną od zwykłej nieostrości i jest kluczem do rozpoznawania jej w materiale. Nieostrość rozmywa wszystko równomiernie — detal znika. Aberracja sferyczna zostawia detal na miejscu i dokłada do niego mgłę. Zdjęcie wygląda jednocześnie ostro i miękko, co brzmi jak sprzeczność, dopóki nie zobaczy się tego na własne oczy.
W praktyce objawia się to na trzy sposoby, w kolejności od najbardziej do najmniej oczywistego:
Focus shift ma jeszcze jedną cechę, którą warto znać: jego kierunek zależy od znaku aberracji. Przy niedokorygowanej ostrość przesuwa się przy przymykaniu od kamery, przy przekorygowanej — ku niej. Asystenci pracujący stale z jednym zestawem obiektywów znają ten kierunek na pamięć i kompensują go odruchowo, przesuwając znacznik o kilka centymetrów w znaną stronę.
Ten ostatni punkt bywa w praktyce najbardziej dokuczliwy i warto go znać, bo łatwo o pomyłkę w diagnozie. Jeśli obiektyw jest ostry przy pełnym otworze i przy f/8, ale wyraźnie chybia przy f/2,8, to nie jest wada mechaniki ani rozkalibrowany autofokus. To jest focus shift, i jest właściwością konstrukcji, nie egzemplarza.
Do tej pory zakładaliśmy, że promienie brzegowe skupiają się bliżej. Tak zachowuje się pojedyncza soczewka skupiająca i taki jest przypadek naturalny — nazywa się aberracją niedokorygowaną. Konstruktor może jednak dołożyć element rozpraszający, który działa przeciwnie, i przestrzelić: wtedy promienie brzegowe skupiają się dalej niż przyosiowe. To jest przekorygowanie.
Między jednym a drugim jest stan zerowy, w którym obie tendencje się znoszą. Wygląda na oczywisty wybór i przez większość historii optyki był celem. Okazuje się jednak, że nie zawsze jest optymalny — i tu dochodzimy do rzeczy, którą zapowiadał Rozdział 9.
Znak aberracji sferycznej decyduje o tym, gdzie w krążku nieostrości gromadzi się energia:
Konstruktor musi więc wybrać jedną stronę i wybór ten jest wpisany w obiektyw na stałe. Obiektywy portretowe koryguje się lekko niedokorygowanie, bo tło ma być piękne, a przód i tak jest rzadko rozmyty. Obiektywy do zdjęć technicznych i reprodukcji — do zera, bo tam liczy się wierność, a nie wrażenie.
Istnieje też trzecia droga, wykorzystywana w kilku legendarnych konstrukcjach portretowych: zostawić aberrację celowo i dać użytkownikowi pokrętło do jej regulacji. Przesuwając jeden element wzdłuż osi, zmienia się stopień korekcji, a wraz z nim ilość poświaty. Takie obiektywy istnieją do dziś i sprzedają się dokładnie tym, że mają wadę, którą można dawkować.
Czym konstruktor realnie z tym walczy — podział mocy, kształt soczewki, asfera — w Dodatku F.
Standardowa kamera w rendererze nie ma aberracji sferycznej z prostego powodu: nie ma soczewek. Model cienkiej soczewki zakłada idealne skupienie w punkcie, a stożek promieni ma tam idealnie równomierne wypełnienie. Każdy krążek nieostrości wychodzi więc płaski jak naleśnik — czyli odpowiada obiektywowi skorygowanemu do zera, jakiego w praktyce prawie nie ma.
Trzy drogi, żeby to naprawić, w kolejności rosnącego kosztu:
Warto też pamiętać o kolejności w łańcuchu. Poświata z aberracji sferycznej powstaje w obiektywie, czyli przed matrycą — a więc przed ziarnem, przed halacją i przed wszystkim, co dokłada nośnik. Nałożona na końcu, po ziarnie, rozmywa je razem z obrazem i daje wygląd, który czyta się jako zły odszumiacz, a nie jako stare szkło. Pełny łańcuch omawiamy w Rozdziale 36, ale ta jedna zasada wystarcza na większość przypadków: co powstało w obiektywie, idzie przed tym, co powstało w matrycy.
Praktyczna uwaga do tej ostatniej metody, bo jest źródłem typowego błędu. Poświata z aberracji sferycznej jest ciasna — sięga kilku, może kilkunastu pikseli od źródła. Szeroka, miękka łuna rozlana na ćwierć kadru to już nie aberracja, tylko veiling glare, i ma inną przyczynę oraz inne zachowanie przy przymykaniu. Mieszanie ich daje obraz, który nie odpowiada żadnemu realnemu obiektywowi.
Rozpoznasz ją po reakcji na przymknięcie. Jeśli miękkość i poświata znikają po przymknięciu o dwie przysłony — to aberracja sferyczna. Jeśli zostają — to veiling glare albo filtr dyfuzyjny. Ta jedna próba rozdziela trzy zjawiska, które w gotowym kadrze wyglądają podobnie.
Przy dopasowywaniu starego szkła zacznij od tekstury źrenicy, nie od glow. Odruch podpowiada dołożyć poświatę w compie, bo to widać najbardziej. Ale to bokeh niesie więcej informacji o obiektywie i jest trudniejsze do podrobienia później. Gradient w źrenicy załatwia obie rzeczy naraz i jest zgodny z geometrią sceny.
Nie kopiuj focus shiftu, jeśli nie musisz. Jest to wada, którą widz odbiera jako błąd ostrości, a nie jako charakter. W materiale referencyjnym bywa obecna, bo asystent nie zdążył jej skompensować — ale odtwarzanie jej w renderze daje ujęcie wyglądające na źle zrobione, a nie na nakręcone starym szkłem.
Aberracja sferyczna dotyczy punktu leżącego na osi — czyli dokładnie w środku kadru. Jest więc wadą, której nie da się uniknąć nawet w najlepszym możliwym miejscu obrazu. W następnym rozdziale wychodzimy poza oś i okaże się, że tam czekają trzy kolejne wady, z których każda psuje coś innego — a jedna z nich odpowiada za wir w tle, obiecany już dwa razy.
Aberrację sferyczną opisano poprawnie już w siedemnastym wieku i od razu wiedziano, że powierzchnia usuwająca ją istnieje — Kepler ją policzył, Kartezjusz podał kształt. A mimo to przez następne trzysta lat wszyscy dalej szlifowali kule. Powód był wytwórczy, nie teoretyczny.
Powierzchnia kulista powstaje sama z siebie: dwa kawałki szkła pocierane o siebie z ziarnem ściernym, przy dostatecznie przypadkowym ruchu, dążą do kuli — bo kula jest jedyną powierzchnią, która pasuje sama do siebie w każdym obrocie. Rzemieślnik nie musi wiedzieć, co robi; musi tylko pocierać dostatecznie długo i dostatecznie chaotycznie.
Każdy inny kształt wymaga odniesienia: wiedzy, gdzie jest oś i jak daleko od niej jesteśmy w danej chwili. Do połowy dwudziestego wieku nie istniała metoda dająca taką kontrolę z dokładnością ułamka długości fali. Asfery robiono, ale ręcznie i sztukami — do teleskopów i mikroskopów, za pieniądze niedostępne fotografii. Zmieniło to dopiero prasowanie w formie (seryjne, ale mniej dokładne) i szlif sterowany numerycznie (dokładny, ale drogi do dziś).
Płynie stąd obserwacja przydatna przy rozpoznawaniu szkła po obrazie. Obiektyw sprzed lat siedemdziesiątych prawie na pewno nie ma asfer, więc walczył z tą wadą wyłącznie liczbą soczewek i doborem kształtów. Stąd jego profil: przyzwoity kontrast po przymknięciu, wyraźna poświata przy pełnym otworze i bokeh o zdecydowanym znaku. Współczesna konstrukcja z dwiema asferami jest przy pełnym otworze znacznie czystsza — i właśnie ta czystość bywa dziś powodem, dla którego się jej unika.