Nazw chmur nie trzeba uczyć się na pamięć. Wystarczy odpowiedzieć na dwa pytania, a nazwa układa się sama.
Chmury mają łacińskie nazwy i to zwykle wystarcza, żeby uznać temat za nudny. Warto jednak zauważyć, że system jest zaprojektowany bardzo sprytnie: te nazwy nie są etykietkami, tylko opisami złożonymi z części. Kto zna pięć słów, potrafi przeczytać wszystkie dziesięć nazw.
Klocki są takie:
cumulus — kupa, stos. Chmura kłębiasta, o wyraźnej bryle, z zaznaczoną górą i dołem. Powstaje przez wznoszenie w kolumnie.
stratus — warstwa, powłoka. Chmura rozciągnięta w poziomie, bez struktury, płaska. Powstaje przez powolne wznoszenie całej masy powietrza naraz.
cirrus — kosmyk, lok włosów. Chmura włóknista, delikatna, poszarpana. W praktyce zawsze lodowa.
nimbus — chmura deszczowa. Nie występuje samodzielnie; dokleja się do innych i znaczy „z tej pada".
alto- — wysoki. Przedrostek oznaczający piętro średnie, co jest historyczną niekonsekwencją, bo „alto" sugeruje najwyższe, a oznacza środkowe.
Teraz wystarczy je składać. Cirro-cumulus to kłębiaste na piętrze wysokim. Alto-stratus to warstwowa na średnim. Nimbo-stratus to warstwowa, z której pada. Cumulo-nimbus to kłębiasta, z której pada — i to solidnie.
Zwróćmy uwagę na jedną rzecz, która oszczędza mnóstwo zamieszania: nazwa opisuje kształt i piętro, a nie pogodę. Nie ma osobnej nazwy dla „chmury burzowej" ani dla „chmury deszczowej". Jest kształt i wysokość, a co z tego wynika dla pogody, to już nasza sprawa. Dlatego cały system daje się zrekonstruować z pięciu słów, a nie trzydziestu.
Cała praktyka rozpoznawania chmur sprowadza się do dwóch pytań zadanych po kolei. Nie trzeba nic więcej i nie trzeba niczego zapamiętywać.
Pytanie pierwsze: jaki to kształt? Włóknista i delikatna, jak pociągnięcie pędzla — to rodzina cirrusów. Kłębiasta, o wyraźnej bryle i cieniach — rodzina cumulusów. Płaska, jednolita warstwa bez struktury — rodzina stratusów.
Pytanie drugie: jak wysoko? I tutaj większość ludzi zgaduje, bo nie ma punktów odniesienia. Na to jest jednak dobra metoda, którą omówimy za chwilę.
Odpowiedzi na te dwa pytania wystarczają, żeby trafić w rodzaj. Ewentualne „czy pada" dokłada nimbusa. To wszystko.
Warto od razu powiedzieć, czego nie robić. Nie oceniamy po kolorze — o tym, dlaczego szarość zwodzi, była mowa w Rozdziale 4. Nie oceniamy po „groźności wyglądu", bo to kontrast z tłem. I nie próbujemy odróżniać rodzajów po zdjęciach z internetu, bo tam brakuje jedynej informacji, która naprawdę rozstrzyga: rozmiaru kątowego.
Kłopot z ocenianiem wysokości chmury polega na tym, że nie da się jej zobaczyć wprost. Ale da się zmierzyć coś, co z nią ściśle wiąże: rozmiar kątowy pojedynczego elementu chmury — jednego kłaczka, jednej łuski, jednego baranka.
Dlaczego to działa? Bo elementy chmur kłębiastych mają, niezależnie od piętra, zbliżony rozmiar fizyczny. Im wyżej więc chmura, tym mniejsze wydają się jej elementy. Prosta perspektywa.
Przyrząd nosimy zawsze przy sobie. Wyciągamy rękę na całą długość i patrzymy na pojedynczy element chmury:
Mniejszy niż paznokieć małego palca (poniżej 1°) — to Cirrocumulus. Piętro wysokie, lód.
Wielkości palca wskazującego (1–5°) — to Altocumulus. Piętro średnie.
Większy niż pięść (powyżej 5°) — to Stratocumulus. Piętro niskie.
To jest najbardziej użyteczny pojedynczy trik w całej tej książce i działa natychmiast. Trzy chmury, które na zdjęciach wyglądają identycznie — bo wszystkie są „takim niebem w baranki" — rozdzielają się jednym gestem.
Ta sama linijka przyda się nam w Części V, gdzie kąty są jeszcze ważniejsze: tęcza ma 42 stopnie, halo 22, a rozróżnienie halo od wieńca sprowadza się właśnie do wielkości kątowej.
Podział na trzy piętra jest wygodny, ale warto wiedzieć, że jest umową — i to umową zależną od szerokości geograficznej.
W Polsce piętro niskie sięga dwóch kilometrów, średnie od dwóch do siedmiu, wysokie od pięciu do trzynastu. W tropikach, gdzie troposfera jest grubsza, wszystkie granice są wyżej: piętro wysokie zaczyna się dopiero na sześciu kilometrach i sięga osiemnastu. Za kołem podbiegunowym jest odwrotnie — wysokie zaczyna się już na trzech.
Druga rzecz, o której łatwo zapomnieć: piętro określa się po podstawie chmury, nie po jej wierzchołku. Ma to znaczenie przy chmurach rozbudowanych pionowo.
I tu przychodzi wyjątek, który psuje cały porządek, a bez którego nie byłoby tej książki: Cumulonimbus. Jego podstawa leży na piętrze niskim, jakieś sześćset metrów nad ziemią. Wierzchołek — na dwunastu kilometrach, czyli na samej górze piętra wysokiego. Jedna chmura przebija wszystkie trzy piętra naraz.
Dlatego w klasyfikacji Cumulus i Cumulonimbus wydziela się często osobno, jako chmury o budowie pionowej. Nie są to nowe rodzaje, tylko uznanie faktu, że podział poziomy do nich nie pasuje.
Na koniec rzecz, która jest sednem tego, po co powstała ta książka. Wszystkie dziesięć rodzajów chmur w widgecie poniżej wychodzi z jednego i tego samego rachunku. Nie ma dziesięciu modeli. Jest jeden, a rodzaje to zestawy liczb w tych samych czterech miejscach: wysokość podstawy, grubość, stopień kłębiastości i to, czy chmura jest z wody, czy z lodu.
Warto przeklikać wszystkie dziesięć i zobaczyć, jak niewiele trzeba zmienić, żeby Stratus stał się Cumulusem. To nie jest sztuczka programistyczna — to fizyczna prawda o chmurach, którą klasyfikacja zaciemnia, dzieląc coś ciągłego na dziesięć nazwanych pudełek.
Dziesięć rodzajów, jeden silnik
Każdy przycisk zmienia tylko liczby w suwakach poniżej. Warto na nie patrzeć przy przełączaniu — to one są prawdziwą definicją rodzaju.
Przy przełączaniu warto zwrócić uwagę na dwie pary. Stratus i Stratocumulus różnią się prawie wyłącznie kłębiastością — jedna liczba decyduje o tym, czy widzimy jednolitą szarość, czy „kostkę brukową". Cumulus i Cumulonimbus różnią się głównie grubością i frakcją lodu; to jest dosłownie ta sama chmura po kilku godzinach rozwoju, o czym będzie Rozdział 17.
System, którego właśnie się uczymy, ma autora i datę. Wymyślił go w 1802 roku Luke Howard, londyński aptekarz i amator meteorologii, w wykładzie wygłoszonym dla niewielkiego towarzystwa naukowego.
Przed nim panowało przekonanie, że chmur nie da się nazwać, bo nie mają stałych kształtów — dziś jedna, jutro inna, każda niepowtarzalna. Howard zauważył coś, co dziś wydaje się oczywiste, a wtedy było przełomem: chmury mają niepowtarzalne kształty, ale powtarzalne rodzaje. Tak jak fala morska nigdy nie wygląda dwa razy tak samo, a mimo to każdy rozpozna falę.
Wybrał łacinę z rozmysłem — miała działać we wszystkich krajach naraz — i oparł system na trzech podstawowych formach: cirrus (kosmyk włosów), cumulus (kupa, stos) i stratus (warstwa, coś rozłożonego). Czwarty człon, nimbus (deszcz), dołożył dla chmur dających opad.
Reszta systemu to składanie tych czterech słów. I to jest jego prawdziwa siła — nie trzeba pamiętać dziesięciu nazw, wystarczy pamiętać cztery i regułę składania. Nazwa chmury opisuje ją, zamiast tylko etykietować.
Howard nie znał ani punktu rosy w dzisiejszym rozumieniu, ani mechanizmu kondensacji, ani niczego o kryształkach lodu. Nazwał chmury z wyglądu — i to, że jego podział przetrwał dwieście dwadzieścia lat i pokrywa się z tym, co dziś wiemy o fizyce chmur, jest zaskakujące i nie było oczywiste. Okazało się, że wygląd chmury wystarczająco wiernie zdradza jej mechanizm.
Współczesna klasyfikacja Światowej Organizacji Meteorologicznej to ten sam szkielet z dopisanymi piętrami. Rozrosła się o gatunki, odmiany i cechy szczególne — łącznie ponad sto kombinacji — ale dziesięć rodzajów Howarda jest nadal jej rdzeniem i nadal wystarcza do wszystkiego, co robimy w tej książce.
Dobrym sprawdzianem, czy system siedzi już w głowie, jest przejście przez niego w drugą stronę: nie „widzę chmurę, jak się nazywa”, tylko „słyszę nazwę, co powinienem zobaczyć”.
Jest w tym coś, co warto docenić: system wyklucza nazwy niemożliwe. Nie ma „Cirronimbusa”, bo z chmury lodowej na wysokości dziesięciu kilometrów nic nie dotrze do ziemi — opad wyparuje po drodze. Nie ma „Stratocirrusa”, bo przedrostek zawsze idzie przed rdzeniem, a nie odwrotnie. Klasyfikacja, która sama odrzuca bezsensowne kombinacje, jest znacznie mocniejsza niż zwykła lista.
Nazwa chmury mówi, jaka będzie pogoda.
Nazwa mówi, na jakiej wysokości chmura jest i jak powstała. Pogodę zdradza dopiero zmiana — to, w którą stronę niebo idzie przez ostatnie dwie godziny.
Pojedynczy Cirrus może zwiastować front ciepły albo być resztką po wczorajszej burzy. Pojedynczy Cumulus może być początkiem burzy albo chmurą, która zniknie o zmierzchu. Ta sama nazwa, dwie zupełnie różne prognozy — a różnicę daje wyłącznie obserwacja rozłożona w czasie.
Dlatego w Części VI, kiedy dojdziemy do czytania pogody z nieba, żadna reguła nie będzie brzmiała „widzisz X, będzie Y”. Wszystkie będą brzmiały: „widzisz X, a godzinę temu było W — więc będzie Y”. Rozpoznawanie chmur jest warunkiem prognozowania, ale samo nią nie jest.
To rozróżnienie ma jeszcze jedną praktyczną konsekwencję. Rozpoznanie chmury zajmuje pięć sekund i można je zrobić raz. Odczytanie z nieba pogody wymaga spojrzenia w to samo niebo dwa albo trzy razy w odstępie godziny — czyli czegoś, czego nie da się zrobić przy okazji. To jedyny nawyk, o który ta książka naprawdę prosi.
Zacznijmy od trzech, nie od dziesięciu. Przez pierwszy tydzień warto rozpoznawać wyłącznie: kłębiaste, warstwowe, włókniste. To trzy kategorie, których nie da się pomylić, a pokrywają one dziewięćdziesiąt procent nieba. Piętra dołóżmy dopiero potem — same się ułożą, gdy zaczniemy używać wyciągniętej ręki.
Fotografujmy z odniesieniem. Zdjęcie samej chmury jest bezużyteczne do późniejszego rozpoznania, bo nie ma z czym porównać rozmiaru. Wystarczy wejść w kadr z drzewem, dachem albo słupem — wtedy po powrocie da się cokolwiek ustalić.
Klucz na telefonie. Do wyjścia w teren przygotowaliśmy osobną stronę: Klucz do rozpoznawania chmur. To drzewo decyzyjne, przez które przechodzi się w kilkanaście sekund i które kończy się nazwą oraz linkiem do właściwego rozdziału.
Mamy system i mamy metodę. Teraz przechodzimy piętro po piętrze, od góry w dół. Zaczniemy od chmur wysokich, bo one są najprostsze do wyjaśnienia i najczęściej niedoceniane: wszystkie są z lodu, wszystkie wyglądają jak pociągnięcia pędzla, i to one — jako pierwsze na niebie — zapowiadają zmianę pogody na kilkanaście godzin przed jej przyjściem.