Osiemdziesiąt kilometrów, pył meteorowy i lód — najwyższe chmury świata, widoczne z Polski w czerwcu.
Mezopauza, na wysokości około 85 km, jest — wbrew intuicji — najzimniejszym miejscem Ziemi. Latem, nie zimą, temperatura spada tam poniżej −130°C. Powód jest niebanalny: letnie ogrzewanie dolnej atmosfery napędza cyrkulację, która wypycha powietrze mezosfery w górę, a wznoszące się powietrze rozpręża się i stygnie — dokładnie mechanizmem z Rozdziału 10, tylko w skali całej półkuli.
Pary wodnej jest tam absurdalnie mało — miliardowe części. Ale w takim mrozie nawet to wystarcza, żeby osiąść lodem na dostępnych jądrach. Jądrami jest głównie pył meteorowy: mikroskopijne pozostałości po spalonych meteorach, których w mezosferze osiada kilkadziesiąt ton dziennie.
Wyglądają jak delikatne, srebrzystoniebieskie włókna albo fale, przypominające Cirrus — ale świecą na tle ciemnego już nieba, co jest doświadczeniem zupełnie odmiennym od oglądania zwykłych chmur. Ich srebrzystoniebieski odcień ma dwa źródła: kryształki są bardzo drobne, rzędu kilkudziesięciu nanometrów, więc jak cząsteczki powietrza chętniej rozpraszają krótkie fale; a światło, które je oświetla, przeszło wcześniej styczną, bardzo długą drogą przez warstwę ozonową, gdzie słabe pasmo Chappuis zjadło mu część żółci i pomarańczu (Rozdział 3, Dodatek F). Ich struktura falowa odzwierciedla fale grawitacyjne wędrujące w górę z troposfery.
Warto wiedzieć, że pierwsze udokumentowane obserwacje pochodzą z 1885 roku, dwa lata po erupcji Krakatau — i przez długi czas podejrzewano związek. Dziś uważa się raczej, że po prostu wtedy zaczęto na niebo patrzeć uważniej. Ich częstość jednak rośnie, co wiąże się ze wzrostem zawartości metanu w atmosferze; metan utleniając się wysoko, daje parę wodną.
Obłoki perłowe, formalnie polarne chmury stratosferyczne, tworzą się w dolnej stratosferze i wymagają temperatury poniżej około −78°C — wtedy zaczynają się tworzyć kryształki z mieszaniny wody i kwasu azotowego; najjaskrawsze, z czystego lodu, potrzebują jeszcze kilku stopni mrozu więcej, poniżej około −85°C. Takie warunki występują regularnie zimą nad obszarami polarnymi, sporadycznie nad Skandynawią, a nad Polską bardzo rzadko.
Świecą intensywnymi, opalizującymi barwami — perłowymi różami, zieleniami i błękitami. Mechanizm to dyfrakcja z Rozdziału 21, wyjątkowo czysta, bo kryształki są bardzo drobne i bardzo jednorodne.
Mają jednak drugą stronę. Na powierzchni tych kryształów zachodzą reakcje chemiczne uwalniające aktywny chlor ze związków, w których był dotąd zamknięty. Uwolniony chlor niszczy ozon — cząsteczkę, której elektrony pochłaniają ultrafiolet krótszy niż około 310 nm, zanim dotrze do ziemi (Rozdział 3) — i to jest bezpośrednia przyczyna, dla której dziura ozonowa pojawia się nad Antarktydą wiosną, a nie równomiernie przez cały rok. Potrzeba do niej dwóch rzeczy naraz: zimowego mrozu, który tworzy chmury, i wiosennego słońca, które uruchamia reakcję.
To rzadki przypadek zjawiska jednocześnie bardzo pięknego i bardzo szkodliwego — i dobra ilustracja tego, że w atmosferze estetyka i chemia nie chodzą osobno.