Ekspozycja przy zachodzie i błękitnej godzinie, filtr polaryzacyjny, telefon kontra aparat i granica uczciwej obróbki.
Prawie każde rozczarowujące zdjęcie zachodu ma tę samą przyczynę i nie jest nią aparat. Jest nią rozpiętość tonalna — stosunek jasności najjaśniejszego do najciemniejszego miejsca w kadrze.
Przy zachodzie Słońca niebo tuż nad tarczą bywa kilkaset razy jaśniejsze niż ciemne drzewa na pierwszym planie. Nasze oko radzi sobie z tym dwoma sposobami naraz: źrenica zmienia się w ułamku sekundy, a mózg składa obraz z wielu spojrzeń w różne części sceny. Czujnik aparatu robi jedno spojrzenie, jedną ekspozycją, i musi wybrać.
Stąd dwa typowe wyniki: albo niebo jest ładne, a pierwszy plan czarny, albo pierwszy plan jest widoczny, a niebo wypalone na biało. Aparat nie zawiódł. Wykonał wybór, którego nikt świadomie nie podjął.
Zdecydować, co jest tematem. Najprostsze i najczęściej najlepsze. Jeśli tematem jest niebo, mierzymy jasność nieba i godzimy się na czarną sylwetkę pierwszego planu — sylwetka jest kompozycyjnie mocna, a nie wadliwa. Praktycznie: dotknięcie jasnej części nieba na ekranie telefonu, a w aparacie ekspozycja punktowa na niebo, zwykle z korektą −1 EV.
Zmniejszyć różnicę filtrem połówkowym. Szkło ciemne u góry, przezroczyste u dołu, przyciemniające samo niebo o 2–3 EV, zanim światło dotrze do czujnika. Zaleta wobec obróbki jest zasadnicza: informacja nigdy nie zostaje utracona, więc nie ma czego odzyskiwać. Wada: działa dobrze tylko przy prostym horyzoncie.
Zrobić kilka zdjęć i złożyć je. Trzy ekspozycje różniące się o 2 EV pokrywają razem 16 EV. To robi tryb HDR w telefonie, automatycznie i bez pytania. Warunek: scena nie może się ruszać — przy szybko płynących chmurach składanie zostawia widoczne duchy.
Światło zmienia się przy zachodzie szybciej, niż podpowiada intuicja: w ciągu 20 minut po zachodzie ubywa około 4 EV, czyli szesnastokrotnie. Ustawienia sprzed dziesięciu minut są już nieaktualne. Jeśli fotografujemy w trybie ręcznym, trzeba poprawiać co kilka minut.
Z Dodatku E wiemy, że światło nieba jest częściowo spolaryzowane, najsilniej 90° od Słońca. Filtr polaryzacyjny przepuszcza tylko jedną płaszczyznę drgań, więc obrócony odpowiednio wycina znaczną część światła rozproszonego — i niebo w tym pasie ciemnieje o 1–2 EV, zyskując nasycenie.
To jedyny efekt fotograficzny, którego nie da się odtworzyć w obróbce. Suwak nasycenia zmienia kolor pikseli, które już są; polaryzator zmienia to, które fotony w ogóle wpadają do aparatu. Przy okazji usuwa odblaski z mokrych liści i z wody, co często robi więcej dla zdjęcia niż samo niebo.
Polaryzator nie działa na Słońce w kadrze ani w kierunku przeciwnym do Słońca — tam polaryzacja jest bliska zeru. Przy fotografowaniu samego zachodu jest więc bezużyteczny; przy fotografowaniu krajobrazu oświetlonego zachodem, patrząc w bok, robi największą różnicę.
Telefon ma mały czujnik i krótką ogniskową, ale ma też coś, czego aparat nie ma: składa każde naciśnięcie migawki z kilkunastu klatek. To rekompensuje bardzo wiele — na tyle, że przy zachodzie różnica w gotowym pliku bywa niewielka.
Różnice, które zostają, są dwie i obie mają znaczenie akurat przy niebie.
Rozdzielczość kątowa. Halo 22° zmieści się w każdym szerokim obiektywie. Ale słońca poboczne, iryzacja na brzegu chmury czy struktura Cirrusa uncinus wymagają teleobiektywu. Telefon z „zoomem 5×” zwykle daje 120 mm — to działa. Zoom cyfrowy powyżej tego jest tylko powiększaniem pikseli.
Kontrola nad tym, co robi automat. Telefon dąży do zdjęcia „ładnego”: rozjaśnia cienie, podbija nasycenie, wyrównuje niebo. Do zdjęcia zjawiska atmosferycznego to bywa katastrofą — pas Wenus zostaje wyrównany razem z resztą nieba i znika. Tryb RAW albo tryb ręczny (w telefonie zwykle „Pro”) wyłącza tę uczynność.
To nie jest pytanie techniczne, tylko pytanie o to, co obiecujemy oglądającemu. Zdjęcie zjawiska atmosferycznego niesie ukrytą obietnicę: tak to wyglądało. Obróbka jest uczciwa dopóty, dopóki tej obietnicy nie łamie.
Roboczy podział, który sprawdza się w praktyce:
Jest jeden praktyczny sprawdzian, niezależny od gustu. Czy ktoś, kto stał obok, rozpoznałby to, co widział? Jeśli tak — obróbka pomogła. Jeśli powiedziałby „nie było aż tak” — zdjęcie mówi o programie, nie o niebie.
Wersja praktyczna: warto zachować plik RAW. Nie z powodów archiwalnych, tylko dlatego, że przy niezwykłym zjawisku — trzech słońcach pobocznych naraz, mammatusie po burzy — pytanie „czy to naprawdę tak wyglądało” pojawi się na pewno. Wtedy oryginał jest jedyną odpowiedzią.